10/27/2016

378. O.S.T.R - Mały szary człowiek

Raczej nie spodziewałabym się wielkich powrotów i rozległego rozpisywania się o sprawach małych i dużych, ale ostatnio coś mnie natchnęło, czegoś mi zabrakło.

A mianowicie - miejsca pod łóżkiem. Brakuje mi tej przestrzeni, między materacem a podłogą, gdzie mogę chować pierdoły, które w najmniej oczekiwanym momencie mogą się przydać. A od momentu, kiedy wymieniłam tą cholerną niewygodną kanapę na materac bez stelaża (bo student biedny, a co), to nie mam co z tym wszystkim zrobić i po prostu rozrzucam to po podłodze. I robi się bałagan i zaczynam się w nim gubić.
Może to jest taka delikatna metafora, bo przestrzenią dla mojego umysłu, było zawsze to miejsce na blogspocie. Bo zawsze mogłam wylać z siebie tu wszystko nie martwiąc się, że komuś może coś nie pasować, zacznie mnie pouczać czy nawracać na 'lepszą drogę'. Prawda jest taka, że zrobię co chcę. Ale dziękuję za staranie.

Wow, od kiedy byłam tu ostatni raz to cholernie dużo się zmieniło. Praktycznie całe moje otoczenie, w kwestii ludzkiej jak i w kwestii zamieszkania. Nadal Kraków, bo myślę, że szybko go nie opuszczę, jednak dzielnicę dalej od Lea i tych wszystkich przyjemnych, bądź mniej przyjemnych historii, które się tam rozgrywały.
Nastały wielkie powroty ludzi, którzy kiedyś urażeni odwrócili się na pięcie. Część znajomości przygasła, zrodziły się nowe. Nie wiem czy lepsze. Nie wiem czy 'coś z tego będzie', i nie wiem czy mam na to czas. Zaczyna brakować czasu, zaczyna brakować tchu. I zaczyna brakować pomysłów na siebie. Utknęłam w trochę martwym punkcie.
Z jednej strony uczę się nowych rzeczy i jest to delikatnie fascynujące, a z drugiej... nic się nie zmienia. Nic nie porusza, nic nie budzi dziecięcej ciekawości, chęci łapania więcej, tego durnego uśmieszku na niespodziewane. Jest tak, stabilnie?
Słowo stabilnie ma dla mnie i pozytywne i negatywne znaczenie, ale jeżeli już coś jest stabilne, to chyba nie do końca mi się to podoba.
Gdzie szaleństwo? Przecież jestem jeszcze bachorem.
Dajcie odrobinę więcej czasu i odrobinę więcej możliwości.
I jasności umysłu, bo tego mi zawsze brakuje. I więcej OSTRego, bo jest wspaniały.

Do napisania?

5/29/2016

377. Luxtorpeda - Hymn



Jeżeli wydaje Ci się, że ciągle masz za mało, ciągle Ci czegoś brakuje i ciągle przesz po więcej - bo tak, bo trzeba, bo wypada, bo przecież nie mogę być gorszy niż reszta, to pomyśl sobie, że jest w Twoim życiu tyle niedocenionych rzeczy.
Ludzie, ze mną na czele, mają tendencję do zauważania ogromu negatywów. Po co widzieć pozytywy. Po co doceniać oczywiste, po co się starać, po co dbać. Po co.
W sumie lepiej żyć w jakimś tam małym wiecznym dołku, bo unika się tego momentu goryczy - coś nie wyszło? Żadna nowość. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Spoko, dasz sobie radę. Tyle razy już się udało wyjść z bagna, że kolejny raz niczego nie zmienia.
Wiecie co jest dziwne w takim podejściu?Kiedy zdajesz sobie sprawę, że tak naprawdę to jest naprawdę dobrze. Mimo tego całego chorego myślenia, to możesz spojrzeć na drugą osobę i pomyśleć "Damn, czym sobie zasłużyłem na tyle dobrego?", a później spojrzeć na to co Cię otacza i po prostu delikatnie się zszokować.
Nie jest źle.
To psychika ma się źle, bo kształtowana w błocie przez długi czas, po prostu się pewną częścią tam zakotwiczyła.
Ale woda obmywa muł i można jeszcze dotrzeć do momentu, kiedy, jak jaszczurka, padasz na ciepły kamień w tulących promieniach słońca i po prostu oddychasz.
Szczęście.
Bo tak to się nazywa.
Pozdrawiam serdecznie. Wena umarła. Niech żyje bulgot!

'

5/03/2016

376. Royksopp - Here She Comes Again

Who can stop the rain pouring down inside?

 Niektóre informacje skutecznie paraliżują mój umysł. Aż czasem robi mi się od nich niedobrze. Więc psychicznie i fizycznie rozkraczam się na zakręcie. Ale jak wspominałam ostatnio, bycie "miękką pizdą" mam już chyba za sobą. Chyba, bo nigdy nie mogę mieć do końca pewności.
Nazywam to w ten sposób, bo brzmi okropnie i nikt by nie chciał całe życie tkwić w tym marnym stanie. Na czym polega chyba nie chcę dogłębnie tłumaczyć. Może zarysuję.
Przez pewne psychiczne nieprawidłowości, spowodowane taką, a nie inną przykrą historią,  nie potrafię do końca zaakceptować siebie. Inaczej - będąc singlem mogłam przenosić góry, chodziłam z głową wysoko i bezwstydnie patrzyłam wszystkim w oczy. Nie po to, żeby ich poderwać, come on, po prostu nie miałam z tym problemu. Byłam silna, wielka, ważna i po uszy zakochana w sobie. Dlatego też moja ochronna tarcza na męską część społeczeństwa włączała się automatycznie i nie dopuszczała jakiejkolwiek możliwości na uczucia. Uczucia? Serio? Że znowu facet, znowu problemy i znowu bycie 'miękką pizdą'? Bo tak to zazwyczaj działa. Mogę do końca życia tłumaczyć, że strata ojca, a później wujka, urządziły w mojej bani nieodwracalne zmiany, i faktycznie tak jest i nie chcę się do końca tego wyzbywać, ale nie mogę się temu kompletnie poddawać. Krzywda ta się włącza, kiedy coś zaczyna wzrastać. We mnie i w osobie, która pojawia się przypadkowo i odwraca moje życie do góry nogami. Pewność siebie wtedy po prostu się ulatnia, a zastępuje ją lęk, przeświadczenie, że w sumie jest się gówno wartym ( takie myślenie jest dość krzywdzące dla drugiej osoby, więc nie polecam) i najważniejsze, czyli strach - przeważnie przed stratą. Boli w bani bardzo i automatycznie zmienia w chodzącą gąbkę chłonącą łzy przegranej. Brawo Agato! A wydawałaś się taka silna na początku!
Ano. Chwilę miałam z tym problem, oj bardzo. Pocieszała mnie jedynie świadomość, że zdaję sobie sprawę z tego co się dzieje i po prostu wiedziałam, że mogę to pokonać. Dało się, naprawdę. Możliwe, że kilka lat temu miałabym z tym większy problem, bo byłam nieogarniętym dzieckiem, któremu łatwo prychodziło poddawanie się. Bo nie dam rady, to nara.
Czasem dalej mi się zdarza z czegoś zrezygnować, ale prędzej czy później się ogarnę. Bo zdaję sobie sprawę z tego na ile mnie stać.
Nie chciałam sobie pozwalać na to, żeby być psychicznie uzależnioną od czyjejś obecności. Bo wiadomo, że można zawsze na kimś polegać i czerpać z niego siłę, ale to nie na tym do końca polega. Od pewnego czasu dążyłam do tego, żeby przypadkiem nie stać się takim pasożytem w czyimś życiu. Żeby nie uważać, że należy mi się, że mam być traktowana tak i tak, że jestem - wielb, pomagaj, dawaj. I kochaj. A posadzę się na piedestale i będę pięknie pachnieć.
Nie.
Chodzi o to, żeby dać się ubabrać błotem po same łokcie, ale koniec końców potrafić je umyć, Spojrzeć na siebie i widzieć coś dobrego, pięknego i wierzyć w to, w to co sami wykreujemy w głowie. A nie to co zostanie wykreowane przez drugą stronę. Bo ta druga strona może zniknąć i znów w miejscu tych słów pojawi się nicość. 
Wiecie co się wtedy dzieje?
Wiecie z czym wtedy zostajecie?
Może tak, może nie, polecam spróbować, bo zauważycie może jak ważni jesteście sami dla siebie. Boli. Cholernie. Ale wychodzi się z tego z kilkoma szramami i zdecydowanie większą siłą.

Ogarnijcie się, żeby nie robić komu z życia kupy. Do góry, do góry, przez najcięższe ścieżki, aż do celu.
Żeby to nie wyglądało później jak w utworze Florence - Heavy in Your Arms. 

A ja tylko napomknę, że spotkało mnie nawiększe Słoneczne szczęście. Dziękuję!