4/30/2012

162. Furiat

Zauważyłam, że moje stanowisko wobec niektórych osób, czy nauczycieli (no bo to przecież nie osoby, prawda Agato?) jest cholernie nieuczciwe, nieuzasadnione, po prostu chamskie, żeby było wygodnie i mi i innym, kiedy zdarza mi się cokolwiek wspomnieć. Tak dużo potrafi przeżyć człowiek, sytuacje są takie niespodziewane, jedne miłe, drugie zostawiające w naszym sercu, w naszym umyśle głęboką szramę, bolesną ranę. Z jednej strony doświadczamy życia, bo taka kolej rzeczy, a z drugiej kończymy się w pewnym miejscu, zatrzymujemy się i chcemy zostać w tej rzeczywistości. Mimo lat, które minęły, mimo ludzi, którzy już zdążyli odejść, mimo kolejnych niepowodzeń i porażek. Jesteśmy nadal tam, gdzie chcemy być, bo tak bezpiecznie i wygodnie. Bo najprościej i bezboleśnie. Przykro mi, kiedy słyszę historie, które mówią tylko o stratach... babcia, ojciec, brat, mama, zaledwie kilka lat. A wydawałoby się, że ta kobieta jest pełna siły i radości. Tak łatwo oceniać po okładce. Tak łatwo w przeciągu kilku minut się przestawić, pomyśleć, że może inni też nie mieli łatwo, że może swoim skurwysyństwem się bronią przed atakiem, że może są tak słabi, że nie potrafią sobie poradzić z kulami, poddają się i uciekają w swoją ciotowatość. Chyba nikomu na tym świecie nie jest do końca dobrze. To przykre. Bo mimo codzienności, wkrada się jeszcze przykra przeszłość, która potrafi umiejętnie namieszać w umysłach, sercach i spowodować szkody.
A taka dzisiaj ładna pogoda.

4/29/2012

161. Fuck U.

Chciałam chyba coś napisać, ale wena mnie opuściła wraz z wejściem do domu. Dzień był pełen wrażeń, jak najbardziej pozytywnych. Nie tylko ten. Zaczęło się wczorajszym wieczorem, za który dziękuję moim kochanym. Nie byliśmy wytrwali, ale to nic. Tak dużo miłości mam w sobie, że wystarczy co najwyżej do środy. Picie w plenerze to jest TO, czego potrzebowałam. Foczki :D
A dzisiaj, wstaliśmy, poszliśmy do Twierdzy na zakupy, lubię wybierać ciuszki, bo mi to wychodzi, to było fajne. Poobgadywaliśmy człowieki, coby się dowartościować, no - ja chociażby :p Pyś kupił kilka fajnych rzeczy, jestem dumna. Przyjechaliśmy do mnie, żeby zaraz przyjechał po nas Bażant, to był przyjemny szok. Pojechaliśmy na starówke i spacerowaliśmy praktycznie każdą uliczką w okolicy. Ludzie się zmieniają, to było miłe popołudnie. Wróciliśmy zmęczeni, chyba zaraz pójdę spać. Żałuję, że poprzytulam tylko poduszkę.
Ah, miła wiadomość. Astra nie poszła na zyletki, ktoś ją kupił i będzie działała. Całe szczęście. My w zamian dorobiliśmy się po ponad pół roku, działającego w pełni samochodu. Astra miała cholernie dużo problemów z elektryką, nieuczciwy sprzedawca chyba sobie nic z tego nie robił. A szkoda, bo auto naprawdę przyjemne. Przywiązałam się. Teraz mamy Polo. Co najśmieszniejsze ma podobnie jak Opel silnik 1.4, a po dociśnięciu gazu wyciąga 140 na pełnych obrotach, kiedy to Astra w takiej sytuacji wyciągała zaledwie 90. Czuć zdecydowaną różnicę podczas jazdy, jedyny brak jaki się odczuwa to chyba brak wspomagania, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Od kręcenia kierownicą rosną większe mięśnie.
zaraz usnę, a muszę rano wstać, coby przygotować referat na chemię. I zaraz weekend, juhu !

4/26/2012

160. Come to me?

Spodobało mi się.
Jestem zmęczona. Okropnie. Od 18:45 do 3:00 przekładaliśmy miliardy sklepowych produktów, wszystkie liczyliśmy, układaliśmy, liczyliśmy, nabijaliśmy, spisywaliśmy i zapieprzaliśmy ostro, coby skończyć szybciej. Na dorywczą pracę raz w miesiącu, to może być, ale czuję się okropnie. Wstałam o 9, żeby pójść na 10 do szkoły. Czego się nie robi dla uniknięcia NKL z pracowni, a raczej projektów.
Wczoraj z okazji inwentaryzacji poszłam troszkę wcześniej z lekcji, podobno na religii Kobieta dawała oświadczenia do podpisania, kto będzie chodził na lekcje w 4 klasie. Szkoda, że mnie nie było, bo chcę to podpisać. Nie kipię nienawiścią do chrześcijanizmu, interesowałyby mnie te lekcje, gdyby były urozmaicone, ciekawe. Przecież religia to przemyślenia, pytania, co dalej,gdzie, kto, czy istnieje, to ciągła dyskusja, sprzeczki do antykoncepcje i seks przedmałżeński. Na naszych lekcjach tego nie ma, siedzę dwie bite godziny na facebooku, albo photoblogu, albo pisze z ludzmi i nic nie robie. NUDZE SIE. Dosłownie się nudzę. Podziękuję za takie lekcje. Już wolę porozmawiać z mamą :) Podobno minęło mnie duże oburzenie, kiedy jedna znajoma zrezygnowała z lekcji. CO ZE ŚLUBEM? CO Z CHRZTEM? SKRZYWDZISZ DZIECKO! SIEBIE! Ludzie! Uczęszczanie na religie nie dyskwalifikuje nas z przyjmowania sakramentów. Nas, czy naszych dzieci. Litości. Po to są te wszystkie nauki i szkółki i kij wie co jeszcze. Nie martwcie sie, ksiądz jeszcze zdąży te lekcje religii odrobić jakimiś naukami przedmałżeńskimi. Jakie to śmieszne, zajmować się czyimś życiem. Nie to nie. Twój wybór.
Z Młodym dzisiaj robiliśmy ostre karaoke, śpiewaliśmy wszystko- od metallicy, przez megadetha, aż po In Flames, czy BLS. Jesteśmy nienormalni. Bądź co bądź, w naszej tonacji było tylko Use Somebody-KOL. Czasem dobrze mieć brata.
Potrzebuję się wyplotkować, całe szczęście sobota już tak blisko. Olaaaf, Klamciaa! :3
A dzisiaj słucham Archive'owych 'Come to me', trzy party, jeden po drugim.

4/24/2012

159. Again.

Po dodaniu sobotniej notki o smacznych drożdżach, poszłam zrobić sobie kolacje (tak, to normalna pora, nie, nie tyję) czego rezultatem był nóż 'wbity' w oko. Resztę wieczoru przepłakałam w strachu, że straciłam mój idealny wzrok, na rzecz rozmazanego całe życie obrazu. Na całe szczęście rogówka, ROGÓWKA! była zregenerowana i jeszcze przez chwilę miałam schizy o rozdwojonym obrazie. To jednak straszne, całe życie widzieć wszystko, na zajebiste odległości, a za chwilę nie móc skoncentrować się na linijce w zeszycie. Tragedia. Ale wszystko jest dobrze, doceniłam swoje oczy, będę dbała.
Wymyśliłam, że wypiję dzisiaj drożdże solo, jednak zrezygnowałam na rzecz kakaa. Wtarłam spiryt od dermatologa w skalp, jeju, to okropne.
W szkole jako-tako, to chyba najcięższy rok w technikum. Wszyscy, dosłownie wszyscy są w dupie z matmy, 7 osób musi poprawić półrocze, a na te mają nie lepsze oceny niż na poprzednie. Cholernie dużo lekcji przepada, zaraz weekend majowy i matury, praktycznie dwa tygodnie maja w dupsko. Przez te całe praktyki jesteśmy do tyłu z materiałem i nie mamy czasu, żeby się poprawiać. Mogliśmy iść teraz, w maju, byłoby tyle lepiej.
Zaczynam się denerwować, z okazji przemiłego wieczoru zapodaję Archive. Lubię spokój.

4/21/2012

158. Drożdże, drożdże, drożdże!

coby nie zostawiać tego hejterskiego wpisu na etykiecie...
Pomyślicie, że zwariowałam, bo może to tak wyglądać, ale ze mną wszystko okej. Poruszę dzisiaj moje kochane picie drożdży, które po tygodniu jest jak narkotyk. To coś jak picie alkoholu dla alkoholika, no może nie aż tak bardzo, ale wciąga. No przynajmniej mnie. Na początku nie byłam do tego przekonana, bo wydaje się to być obrzydliwe i kompletnie niepotrzebne, ale naczytałam się tyle pozytywnych opinii co chodzi o działanie na skórę z problemem a'la mój i naoglądałam się tyle zdjęć, co takie picie robi z włosami i nasłuchałam się od Buchaja (:D) tyyyle, że po kilku miesiącach nareszcie się do tego zabrałam. Pierwszy łyk- obrzydlistwo! Piłam z zatkanym nosem przy okazji oblewając sobie cały dekolt. Ale kolejne kubełki szły coraz lepiej i już we środę nie mogłam się doczekać czwartkowej porcji. AH! JEDNAK! Żeby smak był tak wyjątkowy i żeby drożdże przede wszystkim działały, trzeba je zabić. Żyjące drożdże prędzej rozsadzą nam brzuszek, niż dadzą jakiekolwiek efekty. Zabijamy wrzątkiem- wodą, albo mlekiem. Osobiście preferuje mleko i wiem, że większość dziewczyn też. Drożdże- oczywiście z biedronki! Najlepsze, najefektywniejsze i najsmaczniejsze. 1/4 kostki, później można przejść na 1/2, jak kto woli. A więc tak:
wyciągamy drożdże z lodówki i dajemy im chwilę sam na sam z temperaturą pokojową, możemy je rozdrobnić, trzymamy z daleka od wszelkiej pożywki, żeby nie zaczęły rosnąć (przecież chcemy je zabić!), w międzyczasie gotujemy wodę, albo mleko- ale lepiej mleko! :) Do szklaneczki, zalewamy, przykrywamy i dajemy im kilka minut. Dłuższych minut najlepiej. Mieszamy, coby sprawdzić, czy ładnie się zmieszały z cieczą. Solo są okropne i śmierdzą, dla smaczku (po zabiciu!) dodajemy 'kapuczino', rosołek z kostki, kakao, miód- co tylko lubimy! Z kapuczino (Oczywiście tym z Biedronki!) są najlepsze. Rrrrrrrraj na ziemi! Pijemy, myjemy kubeczek/szklaneczke i czekamy do dnia następnego.
Bezsensowny bełkot, ale nikt nie musi tego czytać.
Zbieram się do powrotu do skrzypopokrzywy, widzę, że skrzypik zaczyna rosnąć też niedaleko domku, więc niedługo wejdą w ruch płukanki, jak rok temu! Tęskniłam!
Oszukałam dzisiaj panią w aptece, recepta była do dzisiaj i w jednej aptece Pani nie chciała jej zrealizować, ale w drugiej nie było problemu. Wszystko przez półprodukty, które do zrobienia kremu były potrzebne. Przykre. Ale w poniedziałek odbiorę i będę dbała. Z mamą pogadałam trochę o balsamach, pogrzebałam na dozie, nie powiem co wpisałam w 'Szukaj', ale to co znalazłam, mam nadzieję mi pomoże.
Amen, Alleluja, weno trwaj, nawet do pierdół.
Kocham Pana, Panie Kochany :*

4/20/2012

157. Haters gonna hate

Wojna między Applem, a Samsungiem trwa odkąd pamiętam. Kiedyś zwyczajnie przeglądałam kolejne pozwy Appla na Samsunga i nad chmurę innych firm, produkujących telefony, które w czymś były podobne do Appla, bądź wykorzystywało jego panenty bez zgody tej góry. Nie interesowało mnie to aż tak, żeby być zawistną do któryś z tych firm. Podobnie było z OS'ami. Android, czy iOS, czy Symbian, a nawet Bada- było mi to kompletnie obojętne, bo byłam zawsze zwolenniczką mocnych jak cholera Sony Ericssonów, ich aparatów z zadowalającą jakością i głośnikami, które jak na telefony 'tamtych' czasów były naprawdę czymś wielkim. Nagle zrobiło się duże BUM, na rynek wchodziła masa telefonów dotykowych. Nagle opanowały wszystkie salony zamojskie, a ich ceny nie były nawet takie wysokie. Mój pierwszy dotykowiec, czyli LG GD510, żadnego konkretnego systemu, panel słoneczny do ładowania, kompletnie nieprzydatny gadżet. Menu oporne, pisanie SMSów- tragedia! Chciałam czym prędzej wrócić do Sony Ericssona, a po głowie mi chodził Yari i Aino. Aino... Marzenie. Prawie 800zł za praktycznie nowego, nie na moją kieszeń. Odłożyłam to do kosza i kupiłam W595 Flower Edition. Był słodziutki, biały, dwa głośne głośniki, kwiatki na białej obudowie, cholernie oporny aparat, zaledwie 2MPx, ale czego tu wymagać. Jakoś niekoniecznie mnie obchodziły nowości rynkowe, a szczególnie te dotykowe, kiedy nagle co chwilę czytałam 'smartfon to, smartfon tamto...' wszędzie, wszędzie. Nie wiem kiedy była premiera pierwszego SGS'a, o Applu nie miałam bladego pojęcia - CO TO JEST? Komórkomania i inne komórkowe portale dość blisko mi przedstawiły historię tych dwóch firm. Długo wzbraniałam się przed obdarzeniem którejkolwiek firmy zaufaniem. Na SE nie mogłam już liczyć, bo smartfony nie były zadowalające, ale reszta owszem. I tak czytałam, o samsungach, o jabłkach, o iOS'ach, o androidach, o wadach i zaletach. Kiedy tylko miałam okazje, grzebałam wszystkim w telefonach i sprawdzałam jak działają. Może nie zależało mi na zajebistości i szybkości, ale o optymalnym rozwiązaniu dla mojej skromnej osoby, bo jestem wybredna i długo nie potrafiłam wytrzymać z jednym modelem. Od klasy trzeciej podstawówki przez moje ręce przewinęło się tyle telefonów, że brak słów. Jak myślę ile pieniążków w to włożyłam, to aż mi przykro. Do tej pory pamiętam jak Michał chciał mi sprzedać Nokie 3310 za 100zł, bo tyle jeszcze była warta, ah, te czasy :) Nie kupiłam, wolałam zainwestować w Motorole C205, była malutka, okrągła i słodziutka. Wytrzymałyśmy 3 miesiące.
No ale wracając. Nie znalazłam dla siebie nic z androidem, od pierwszego użycia pałałam do niego... może nie nienawiścią, ale podchodziłam do niego z dystansem. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, jestem po prostu przeciwna androidowi i jego beznadziejności. NO ALE! Każdy może myśleć inaczej. Po zagłębieniu się w tajniki Apple kupiłam swoje pierwsze jabłko. Używane, w opłakanym może stanie, za całe 600zł, z niedziałającym (do tej pory-mimo wymiany modułu) Wifi i ślicznymi białymi słuchawkami. To było to. Nie ubolewałam nad wifi, bo nie było mi potrzebne, całe telefoniczne życie dawałam bez tego radę, więc nie odczułam tego tak bardzo. Bartosz grzebał w nim kilka dni, wkurwiał się przy tym niemiłosiernie, jednak przyczyny nie znalazł. To przykre :) Byłam w nim zakochana, naprawdę. Mimo jego wad, których ma całą listę, byłam zadowolona z jego posiadania. Przystosowywał się pod wszystkie moje wymagania, znalazłam rozwiązanie dla niedziałającego wifi, a przy tym do niemożliwości instalowania na niego aplikacji i gier, więc było całkiem ciekawie. Ale chciałam więcej. Model 3G jest jednym z tych słabszych, więc wraz z premierą 4S, możliwość kupienia lepszego 3GS'a była czymś, czego pragnęłam. Niestety, wpakowałam się w kłopoty i wyszło na to, że jabłko jest w posiadaniu mojego brata. Ale nadal je kocham :) W międzyczasie wygrałam HTC Mozarta w Orange z ciekawym, cholernie przyjemnym Windows Phonem, w którym się zakochałam! Oczywiście po czasie, bo pierwsze wrażenie było okropnie przykre. Nie dla mnie, dla Mozarta. Jabłko nadal jest number one, ale nie pogardzę telefonem z WP7, bo jest to miła alternatywa dla minimalistycznego iOS'a (chociaż... w jabłku można mieć nawet tapete :D ).
Co do Samsunga. Wolę się czasem nie wypowiadać. Długo się wzbraniałam przed nazwaniem siebie hejterem tej firmy, dzisiaj się to niestety stało. Z okazji mojego dość nerwowego sposobu życia, jakiekolwiek porówniane do Apple jest dla mnie nożem w plecy. FANGIRL to się chyba nazywa. Z Galaxy Mini wytrzymałam 3 dni i odsprzedałam mamie, stronię od niego z daleka, podobnie jak od Galaxy Gohy. Najzwyczajniej w świecie połączenie Samsunga i Androida, to najgorsze co może być dla mnie. Argh. Nie ma chyba dla tego logicznego wyjaśnienia, podobnie jak do reszty moich widzimisię.
Czasem się czegoś nie lubi. Czegoś, albo kogoś, co to za różnica. Nie to nie. Może jestem ślepa, a może po prostu mam coś, czego chcę się trzymać.
Haters gonna hate.


Piątek! Nareszcie, czyli koniec tygodnia. Nie narzekam, był naprawdę dobry, dałam sobie radę z większością w szkole i mam nadzieję, że wyjdę na prostą. Po weekendzie majowym zaliczę historię i przydałoby się napisać matmę, bo nie chcę babrać się z poprawkami w sierpniu. Kolorowo. A dzisiejsza burza- MNIAM!

4/15/2012

156. Scienist

Całkowicie zwariowałam na punkcie przyspieszenia wzrostu mojego włosia, jednak znajomość z Guru poprzestawiała mi  trochę w główce :d Co nie zmienia faktu, że mi się to podoba i kto wie, może kiedyś będę posiadaczką włosów po piersi, ah, marzenie :) Jednak z okazji ograniczeń, jakie oferuje mi skóra, zamknęłam swoją listę kosmetyków do minimum. Minimum ilości i minimum ceny.
Ogłosiłam mamie, że jadę na Ursynalia, jestem szczęśliwa, że będę mogła tam być, ponownie zobaczyć In Flames i ponownie się zakochać, raj na ziemi. Odłożyłam lekki fundusz, którego nie zamierzam ruszać, a jeszcze powiększyć, co zostanie to zainwestuję w coś fajnego.
Coś czuję, że niedługo drożdże będą mi się śniły po nocach. Podjęłam się 3 miesięcznej kuracji picia tego napoju, 1/4 kostki dziennie, parzone w gorącej wodzie. Zobaczymy co zdziała :) Podkreślam, że to pierwszy dzień, muszę zapisać sobie gdzieś tą datę.
Zaniedbałam bloga, a to z racji mojego roztargnienia wewnętrznego. Nie potrafię sklecić czegoś wartego uwagi.
A dobranoc:)

4/10/2012

155. Get Up!

Albinos Olaf i Mudżin Korona w akcji. nie wiem co to ma być. Spoko.
Jutro znowu do szkoły, naprawdę się nie zdążyłam nacieszyć wolnością, będzie ciężko. Najedzona jestem bardzo, więc ciężko musi być, no niestety. Ale suchar. Miałam pisać, co mi się ostatnio przytrafiło, ale stwierdziłam dzisiaj, że za wiele może wiecie, a to jednak trochę więcej wiedzy wymaga i nikt nie zrozumie.
Wydawało mi się, że uspokoiła się sytuacja na tyle, że nie będę musiała wracać do toksyczności, naprawdę, toksyczności mogę sobie narobić na zawołanie, ale staram się jednak od niej stronić. To nic dobrego nie przynosi. Starałam się być neutralna, ale to też nie zdaje egzaminu, przynajmniej nie aż tak, jak to zaplanowałam. Nie będę się czuła dobrze, dopóki wszystko się nie ułoży, a na to też się nie zanosi.
I wszystko jasne.
Zaparzyłam ulubioną biedronkową herbatkę z rabarbarem, klikam z Olafkiem i Pysiaczkiem i słucham dapstepów, bo są takie fajne!
Dzisiaj kupiłam ciekawą rzecz z której chyba można być zadowolonym.
A wczoraj w piątej Panie przeszły same siebie.
Buziakuję :3

4/08/2012

154. Traumst Du

nie lubię chorować, kompletna męka, dla człowieka jak ja. Za dużo tego, za dużo. Zamiast wpieprzać barszczyk u babci, to siedzę i nołlajfie. No cóż.
Jutro ładny poniedziałek, przyjeżdża Pysiak i Olaa i Gumiak i będzie miło. Lubię, kiedy są, bo są przecież ważni. Szkoda, że nigdzie tylko nie możemy wyjść. Kocia, wpadasz? :)
Łukasz wrócił z Niemców, możliwe, że wyjedzie na kolejnych kilka miesiecy, więc cieszę się bardzo. Przyzwyczaiłam się do Jego nieobecności i pustego domku rano, kiedy wstaję, a wszyscy są w pracy, albo w szkole, albo gdziekolwiek.
Tak niesamowicie źle się czuję, że szok. Bu.

4/04/2012

153. Come Clarity (n)

Kolejny wykonawca Ursynaliów- IN FLAMES! Zespół, który darzę ogromnym szacunkiem i jestem zakochana w głosie Andersa i ciągle mam jego ręcznik i wspomnienie złapanej w uścisk ręki. A widzieliśmy się tak niedawno, bo w październiku, i to był jeden z wymarzonych koncertów. Do dziś pamiętam, jak kupując z Gumiakiem bilet zastanawiałam się 'Kraków czy Warszawa?'. Byłoby śmiesznie jakbym kupiła bilet jednak do Warszawy, nie wiedziałam jeszcze wtedy, że sprawy się tak potoczą :)
W każdym bądź razie- od października do czerwca to zaledwie 8 miesięcy, tak niewiele, aby znów móc to przeżyć, aby Come Clarity znowu nam zabrzmiało, jeju, jakie to niesamowite. Myślałam, że z radości zemdleję, jak dostałam smska z wiadomością. IN FLAMES! i to uczucie, jak przed pierwszym koncertem i rok temu, jak po wiadomości o koncercie KoRna. A i Korn ponownie w polsce... Czyż to nie piękne?
Środa. Jutro niesamowity czwartek, a to dlatego, że przyjeżdża Olafek, na którego czekam wydaje się całe wieki. Cieszę się :3
Buziakuję.

4/03/2012

152.



Idealnie pasuje, czyż nie? Nie pamiętam po co właściwie założyłam bloga, pierwszego, nie wiem, co z tego miałam, może swój mały kąt, gdzie pożalę się, albo powyśmiewam, poironizuję, czy poprzechwalam się, bo czasem lubię. To było ciekawe przeżycie, wiem, że fotobloga prowadziłam od 2007 roku, miałam ich kilkanaście, bo nie dało się zmienić nazwy za sms'a, jak teraz. A że byłam niezdecydowana, czy jasminowa, czy moonbaby, czy pill, czy fuji, to zakładałam po kolei blogi i pisałam pierdoły, co zresztą nadal robię, i wstawiałam masę zdjęć robionych kalkulatorem, czego nadal chyba nie robię. Teraz to bardziej przyzwyczajenie, wstawiam, bo zawsze to robiłam. Może to swego rodzaju uzależnienie. Ale przyjemne. W internecie zdecydowanie łatwiej się otworzyć, niż osobiście. A zważając na zaistniałą sytuację, to widzę, że mam ogromną barierę emocjonalną przed rozmową z kimś na kim się zawiodłam, czy coś w tym rodzaju. Normalny ludzki odruch, który wybudził się we mnie kilka miesięcy temu. Wcześniej nie miałam żadnego problemu z wybaczaniem i ciągnięciem znajomości, nawet mimo braku jej sensu. To był błąd, bo nie każdy zasługuje na następną szansę. Ale tego się już zdążyłam nauczyć. Oj, coś płynnie skacze mi się z tematu w temat. Lekko straciłam wątek, bo nas zalało, musiałam ratować dom przed powodzią :)
Cieszę się, że mimo pierdół, które tu piszę, to mam w miarę oglądalność i z tego co widzę, jest wielu wracających tutaj i mam nadzieję czytających.

Będę Was męczyła prośbami o klikanie reklam, więc proszę o klikanie reklam.

Buziakuję, do następnego :*

4/02/2012

151. Feeling Good

pierwszy szkolny dzień po praktykach zaliczę do tych naprawdę udanych. Przynajmniej dla mnie. Nie było bezsensownych spięć, ani kłótni, ani sapów, mam nadzieję, że plotek też nie, bo po co to komuś potrzebne. Tyle znajomych twarzy, tyle przybitych piątek. No... w ekonomiku można się poczuć jak gwiazda :)
Uśmiecham się tak szczerze, to naprawdę fajne, bo w takiej atmosferze się zdecydowanie lepiej pracuje, naprawdę. Gdyby tak było cały czas... Raj na ziemi.
Zbliżają się święta, to dziwne, bo kompletnie nie czuje się tego klimatu, kiedy za oknem pogoda strzela takimi nastrojami. I gdzie te zajączki i kurczaczki? W błotku?
Łukasz wraca w sobotę. Przekazałam mu wiadomość, a jednocześnie prośbę, o zakup odżyweczek i masek i olejków do włosów, więc czekam do soboty, hehehe.
I tak pomrukuję do mojego Ciepełka. To takie niesamowicie cudowne <3

możecie dalej klikać te góglowe reklamy, to nie boli. trolololo lolo lolo ;)