6/29/2012

183. Lśnienie.

Włączyłam Come, to niesamowite, bo ostatnio mam jakiś uraz. Ale głos Roguckiego to przecież raj dla uszu :D
Koniec roku szkolnego przyszedł cholernie szybko, tak szybko uciekło tych 10 miesięcy, że nie miałam czasu się nawet w głowe podrapać, żeby ogarnąć to co się dzieje.
Bywały wzloty i upadki, każdemu się przecież zdarza, myślałam, że będę miała poprawkę z historii, myślałam, że z przedmiotów, które w tym roku się kończą będę miała beznadziejne oceny, myślałam, że będzie gorzej, myślałam... Ale to niepotrzebne, bo to tylko dodatkowy stres. Zamiast wygodnie się ułożyć w ramionkach Lubego, zamartwiałam się, że nic nie potrafię. Chyba jednak coś potrafię. Dałam radę i kamień z serca mi spadł, kiedy dzisiaj uświadomiłam sobie, że przede mną dwa miesiące laby, która pewnie ucieknie strasznie szybko. Ale liczę, że dobrze to wykorzystamy.
Niesamowite rzeczy się dzieją.
A czwartek przyniesie coś nowego :)

6/27/2012

182. Love is in the air.

Pisze z komórki, bo wieczór mnie natchnął, a jest ciężko, bo nie pisze z Mozarta, a z androidowego one V co jest dla mnie nie lada wyzwaniem.
Nałożyłam olej na włoski i próbuje Sie ułożyć wygodnie, mama śpi w pokoju obok, aż tutaj słyszę jej zmęczone sapanie. Młody przewraca Sie z boku na bok i coś gada przez sen, jak zwykle. Łuk nołlajfi na telefonie, bo słychać jak cos klika. Za oknem ciemne niebo, spokojne, zimne lekko powietrze i cisza. Jest przyjemnie.
Moglabym uzalac Sie and swoimi wadami, ronić łzy nad psychicznymi problemami, mogłabym napisac jak cierpie z bólu kręgosłupa, czy stóp, mogłabym iść spać, albo włączyć komputer i nabijac lvl w maplu... A zamiast tego, chciałabym napisać, jak bardzo sobie każdego dnia uswiadamiam swoje aktualne położenie, swoje nieograniczone szczęście, wsparcie, jakiego dotąd nie zaznalam, cieplo, które czuje tak blisko, tak często.
Zwątpienie? Lęk?
Tak cholernie sie ciesze, że te uczucia są mi obce, tak mi dobrze ze świadomością, że ktoś za mną stoi murem.
Tak mimo wszystko, tak silnie i trwałe.
Tak sie cieszę, że we mnie pokłada swoje nadzieję na lepsze, na szczęście, na życie. Że nie jest to wyimaginowana rzeczywistość w która ślepo sie wierzy.
Że ja wierzę, że to jest to.
Różowych okularów nigdy nie nosilam na nosie, nigdy nie mogłam dobrać ich do twarzy, wszystkie mi spadały, albo sie niszczyły, a kiedy myślałam że są, to najzwyczajniej w świecie sie mylilam. Zrezygnowalam z tej opcji na rzecz rzeczywistości, w którą tak bardzo sie wkrecilam.
Pisze jak popieprzona, ale tak mi w tym stanie dobrze :)
I niech mnie to nie opuszcza, bo ruinę cały mój porcelanowy świat :)

Chyba największą przyczyną tych miłosnych wyznań jest wiadomość, która dzisiaj przekazał mi kolega. Zdziwilam sie, kiedy zadzwonił i poprosił o spotkanie. Coś sie dało wyczuć. Okazało się, że zdradziła go dziewczyna i to nie tak dziub dziub z innym. Ludzie są dla siebie bezlitosni.
Szanujmy sie, panowie i panie.

Całuje wszystkich, którzy o tym wiedzą, że są calowani :*
Adios !

6/24/2012

181. Somebody Told Me


Trochę ponad rok mojego najlepszego. 
Cały dzień bym coś jadła, mam ochotę wepchnąć w siebie całą lodówkę, nie wspominając o drożdżach, które sobie dodatkowo 'zaparzyłam'. 
Żyję sobie powoli, coraz mniej nerwów gromadzę, chociaż, kiedy widzę otaczającą mnie hipokryzję, to mam ochotę wyrwać sobie z głowy wszystkie włosy. Ostatnio rozmawiając z Justyną jednogłośnie stwierdziłyśmy - rozmowa jest najważniejsza. I nieważne, czy mówimy o związku, czy o znajomości, przyjaźni, relacjach w rodzinie. Rozmowa ponad wszystko, ale co z tego, skoro rozmowy najlepiej unikać, kryć się za swoimi widzimisie. Sznureczek ma dwa ogonki. Współczuję. 
Co więcej- zrobiłam spory krok w stronę swojej paranoidalnej strony. Zadzwoniłam, zapisałam, czekam. I wierzę mocno w to co ma się stać. 
W sumie - nie wiem o czym pisać, czuje się, jakbym miała obnażyć się ze skóry, przed milionami ludzi, to jednak mnie trochę... zawstydza. 
Czekam do piątku, kiedy z ulgą usiądę w plenerze z całą rzeszą pacanów. Nareszcie. 
A Pysia tulę mocniutko :******

6/20/2012

180. Again.



Mój głosowy Bóg - Hans.
Przepraszam siebie po raz kolejny za dawkę nieprzyjemnego nastroju, jednak nie potrafię sobie obiecać, że to się więcej nie powtórzy. Chciałabym. 
Nie mogę podkręcić kilku śrubek bez pomocy innych, chyba bez pomocy specjalistycznej się nie obędzie, jednak ciągle to odstawiam. Nic innego mną nie kieruje, jak strach, przed otwarciem się komuś, kto może mnie akurat nie zrozumie na tyle, żeby móc mówić o potrzebnych zmianach. Faktem jest, że odstawiam to już kilka dobrych lat, a jak na złość do aktualnego stanu dopycha się masa rzeczy złych. Kolejna śmierć, kolejne sny, strach, ludzie nie mający pojęcia, jak łatwo teraz wpuścić mnie w tą nieczystą otchłań.
Nie potrzebuję użalania się nade mną. Ktoś uważa, że nie jestem warta zachodu? Okej, nie będę płakała. 
Na chwilę obecną stawiam siebie ponad wszystko. Swoje potrzeby, swój humor, swój czas, swoje włoski, których pielęgnacja w jakiś sposób mnie odpręża, swoje niezwyciężone paranoje i swoje wady. 
A podobno świat to dobro.
Na chwilę obecną dobro to dla mnie muzyka, Ty, ona i krówki. 




6/18/2012

179. Time is running out.





Próbuję coś działać na blogu obok, czyli TU. Pożyjemy- zobaczymy.





Wstałam o 10, bo budzik darł się na cały domek, musiałam wziąć tabletki. Chyba tylko przypomnienie telefonu mnie do tego zmusi. Dodatkowo zapisałam się i Pysia na inwentaryzację, kurczowo zbieram na Kraków i wyjazd do Łodzi w listopadzie. Niby kupa czasu, ale jak się dziewczynki rzuciły na bilety, to wołam o pomstę dla takich. Po raz kolejny nie opuszczę koncertu, tym bardziej, że nie słyszę żadnych sprzeciwów. Zresztą- stara dupa ze mnie, zarobisz? jedź! Dzięki mamo.
Nie czuję klimatu wakacji, robi mi się raczej przykro, nie wiem dlaczego.
Są ludzie, dobrze, że są.

6/16/2012

178. Condemned.

Dokładnie dwa tygodnie temu miałam okazję ponownie zobaczyć moje kochane In Flames, emocje może nie były tak wielkie, jak przed koncertem w październiku, jednak sam fakt, że TO ONI, był czymś zapierającym dech w piersiach. Żałuję tylko, że nie mogli zagrać setu jak w Krakowie, ale to nic. Naprawdę. Przebolałam. I jak ostatnie dwa tygodnie zatapiałam się w głosie Hansa i Litzy, tak dzisiaj nie mogę oderwać się od genialnego głosu Andersa (tak, tak, nadal mam jego ręcznik!) i wpisując w iTunesie 'In Flames' pokazuje mi się spora playlista, która cieszy. Muzyka którą się kocha, to jest to co lubię.
Wróciłam do domu, zaczęłam zmywać makijaż i stwierdziłam, że szkolną torbę czas schować, już mi się nie przyda. Maleńki 'chlebaczek' przeżywa znów swoje czasy świetności, chwała.
Wakacje? Nie odczuwam, nie wiem czy na dzień dzisiejszy się nawet cieszę.
W czwartek się cieszyłam, zaliczyłam historię, poprawiłam matmę i wszystko było kolorowe, bo był czternasty. Piękny dzień, mimo obrzydliwej pogody (nie wiem dlaczego, miałam pisać 'choroby').
Miliard słodkich buziaczków :)
Co mnie dzisiaj poruszyło - idiotyzm w czystej postaci. Rozumiem ludzi, którzy odcinają się od kogoś, z kim kontaktu nie chcą utrzymywać, ale żeby po chamsku wyzywać i komentować na blogu wszystko co naokoło tej osoby się dzieje? To chore, paranoiczne! Tak ciężko zająć się sobą?
Jeszcze mogę zrozumieć kogoś, kto nie ma CZYM się zająć, bo jego życie to wyimaginowana 'idealna' rzeczywistość, której nie ma, ale jak ktoś ma wszystko okej z główką, to myślę, że powinien zająć się swoim JA i tym co obok MNIE, a nie tym co ZA MNĄ.

I should cross the line...Confront like the blind. 


a jutro mam nadzieję, że potowarzyszę Koci przy zakupach. W croppie są fajne czarne rurki!

6/14/2012

177. Przeprowadzka!

Ostatnio zauważyłam, że mój blog został opublikowany na fanpage jednej z firm, co zmobilizowało mnie do założenia ambitniejszego bloga, na którym kosmetyczne posty to codzienność. Zapewne będzie to kolejny blog, który porusza te same tematy, czyli przewałkowane miliard razy, ale jak tam napisałam - nie o to chodzi. Wszystkich zainteresowanych zapraszam TU, dodałam pierwszy post, bo od czegoś trzeba zacząć (i w sumie nie wierzę w jakikolwiek rozwój), ale mam kilka pomysłów i myślę, że rozdań od pewnej firmy również. [te, które mnie obserwują tutaj zaraz zacznę obserwować z tamtego bloga, ahoj! :) ]
Co do mnie i mojej marności - historię zaliczyłam, matma poprawiona, gegra poprawiona, jutro muszę oddać pracę z Religii, bo nie posiadam ani jednej oceny. Dziwne. Chemia- miało być 4, ale za pomylenie grup dostałam 2 ze sprawdzianu i zobaczymy co będzie na koniec. Został piątek, czyli mam od jutra 14:30 swawole! Amen alleluja - witajcie wakacje.
Wybieramy się jutro na galeriowe zakupy, zobaczymy czy coś wpadnie do 'koszyka'.
Miłego wieczoru :)

6/09/2012

176. Konfrontacje + zachwyt naturalnym.

Jakiś czas temu napisałam maila do firmy Invex Remedies z prośbą o przesłanie próbek do skóry problematycznej jak moja. Miałam wtedy wieczór narzucania się i wysłałam jednego maila do chyba 10 firm, ale Pani, która odpisała z tej, była wyjątkowo miła i od razu zaproponowała, że wyśle dwie próbki. I niedawno otrzymałam te cudeńka. Jeszcze 3 minuty temu byłam przekonana, że tonik, który dostałam, to próbka, ale teraz sprawdzając na stronie producenta, widzę, że to pełny produkt, który można zakupić.
A więc... Dostałam Antybakteryjny Tonik Ag123 ze Srebrem, 100ml, w wygodniej buteleczce z atomizerem. Czuć jak po użyciu ściąga skórę, to zabawne uczucie. Kolejnym kosmetykiem jest (i to już odlana próbka) - Regenerujący Żel do Ciała SILOR+B, również 100ml. Żel ma taką wspaniałą konsystencję, że wystarczy na całe wakacje i jeszcze dalej. Doskonale nawilża już po kilku użyciach, przyjemna buteleczka z 'wyciskaczem'. Muszę powiedzieć, że widać, że firmie zależy na klientach. Pozostaje mi polecić, szczególnie osobom ze skórą problematyczną.
Z włosami zaczynam już mieć problemy, bo są dłuższe i zaczynają mi nie pasować. Zastanawiam się nad podcięciem, ale cholernie mi szkoda. Muszę przejść najgorszy okres przejściowy, później powinno być tylko lepiej :)

Ostatnio bardzo się denerwuję poprawą z historii, wczoraj zauważyłam, że cały tył głowy zmienił się w pustynię i się sypie. Jestem nieszczęśliwa z tego faktu. Nie potrafię się tego nauczyć, nie mogę się skupić, gubię wszystkie nazwy, daty, wydarzenia, jestem straszna.
Biorę się dzisiaj z Pysiem do roboty, mam nadzieję, że damy radę.
Zasłuchuję się w genialnym głosie Hansa- albo w jego Solowym projekcie, albo w 52, albo w Luxtorpedzie. Jestem zachwycona i BARDZO chętnie będę nosiła bluzeczkę z Hansa Solowego :)

6/05/2012

175. DELIVER US!

Wróciłam dzisiaj z Warszawy, naprawdę nie miałam na to najmniejszej ochoty, ale są obowiązki, a zresztą muszę przypilnować domku pod nieobecność mamci. Ja wróciłam, ona pojechała, niech odpoczywa.
Ursynalia! Coś wspaniałego, coś wartego przeżycia, wartego wydania ostatnich pieniążków, żeby tam być, żeby to przeżyć, żeby móc wspólnie się pobawić, zapamiętać najprzyjemniejsze szczegóły, poprzebywać ze sobą. Pogoda nam kompletnie nie dopisała, było zimno, deszczowo, wietrznie i pochmurnie praktycznie cały czas. Nie wspomnę o senności, która się do mnie (i chyba nie tylko mnie) przyczepiła i nie chciała odpuścić. Ale mimo to i mimo zabawy przy tylko kilku zespołach (z całej listy wykonawców) jestem zadowolona i wyzwolona psychicznie, chociaż na trochę.
Najbardziej wyczekiwanym koncertem był oczywiście koncert In Flames, który był drugiego dnia, ale pierwszego dnia też mnie dopadło przyjemne zaskoczenie. LIMP BIZKIT ! Cudowny zespół, zajebisty wokalista, dużo śmiechu i zabawy. Niespodziankę jaką nam sprawili, a przynajmniej mi, było Behind Blue Eyes- aż łezki w oczach stały i chciało się śpiewać jak najgłośniej, żeby razem z tłumem się przebić daleko, aż do wokalisty. Slayer wymiótł scenę, jak zwykle. Ale to nie moje klimaty, jednak darcie mordy i napieprzanie stopą miliard razy na sekundę nie jest dla mnie. Wolałam trzymać się z daleka od tej dziczy biegającej w kółeczkach i depczących się nawzajem. Brr brr! W międzyczasie zobaczyliśmy Fisza ! A Zapomniałabym o Luxtorpedzie, na którą się okropnie spóźniliśmy. ALE słyszałam Hymn na żywo ! Byłam przeszczęśliwa. Cały koncert odrobimy w nadchodzącą niedzielę w Świdniku.
Sobota! In Flames moje kochane, które spóźniło się o godzinę. Panowie pracownicy coś robili na scenie, jakieś łańcuchy sobie rzucali. Doping tłumu był niesamowity, to było takie śmieszne. A później ktoś puścił bąka i musiałam to skomentować, co odbiło mi się sporą głupawką. Śmiałam się jak pieprznięta. Ale to dobrze. In Flejmsi zagrali większość z najnowszej płyty, co mnie jakoś niespecjalnie cieszyło, więc poszłam na falę. Byłam sama, bo tłum nas rozdzielił, a później źle się poczułam i stanęłam obok. Ale na falę trzeba było iść. Ile razy prawie nie wylądowałam na ziemi, ile razy przerzucili mnie dalej, to było świetne. Wszystko wina Andersa, który stwierdził, że ochroniarze się nudzą, a że są przypakowani, to powinniśmy im zawracać tyłki cały czas. Wzięłam sobie jego słowa do serca :3 Po In Flames chyba się troszkę pokręciliśmy i wróciliśmy do domku, bo Klamcia marzła. Niedzieli w całości nie pamiętam. Wiem, że przyszedł Bażant, a z nim litr cytrynówki, która niebiańsko wchodziła, a jeszcze 'niebiańszczej' wychodziła z organizmu. W międzyczasie dostałam boleści brzucha, ale nie ratowałam się ketonalem, no bo po co. Pojechałyśmy z Olafem na kampus, na karuzele i Jelonka, który jak zwykle rozruszał nas niesamowicie. Później pojadłyśmy coś, kolega obok owijał się i swojego kolegę papierem toaletowym, był mumią. Jeszcze spotkaliśmy ludzi z metra, których interesowały moje kreski na powiekach. Wszystko za sprawą Klamki! Posiedziałyśmy, poszłyśmy na Billego. Myślałam, że będzie beznadziejnie, ale było naprawdęęęęęę fajnie! Koleś na żywo ma jeszcze genialniejszy głos niż zwykle, bardzo mi się to spodobało i nawet miałam nadzieję, że poczekam do końca.
Nie poczekałam. Ból był tak nieznośny, że czułam się jak jakaś larwa. A przed nami był jeszcze kawałek drogi + 40 minut metrem. Auć. Panie w sklepie poratowały mnie. Miłe kobiety.
Nie umiem streszczać ładnie i opisywać, jakoś nie mam już na to weny.
Współczuję ludziom, którzy spali na polu namiotowym, musieli cholernie zmarznąć. I tym, którzy się nie zmieścili do metra, albo podczas wsiadania połamali sobie ręce, albo nogi, bo tłum był ogromny, a kursów metra tylko kilka i trzeba było walczyć. Współczuję ludziom w kolejce po alkohol, bo po jedno piwo trzeba było stać pół koncertu. Pani Agnieszce współczuję, chociaż nie. Przynajmniej usłyszała, że ktoś ją prosi. AGNIECHAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA x cała kolejka do metra.
A podziękować mogę przede wszystkim dziewczynom, że dały nam kącik do spania i nas znosiły tyle i za świetnie spędzony czas, gadanie o pierdołach do późna i spania do południa (no chyba, ze zajęcia...).
Pysiowi! Że nie zrzucał mnie z łóżka i tulił i masował obolały brzuszek. I za to, że  kocha i że był ze mną. Jak rok temu.
SGGW :D bo robią coś, co kochają ludzie i co kocham ja.
I ludziom tam obecnym, bo bez nich nie byłoby tak fajnie!
TU link do Ursynaliów 2011 :)