1/30/2016

373. Florence And The Machine - What Kind Of Man

Tyle mam czasem do powiedzenia.
Często.
Zawsze?

Ale lakier zacny, to muszę przyznać. Ah, jedno z milszych wspomnień zeszłego roku. Kraków był taki ładniutki, cieplutki, piwo takie zimne, a towarzystwo całkowicie niespodziewane. Bo jak ktoś przemierza setki kilometrów, żeby spędzić z Tobą popołudnie, to jest chyba całkiem milutko. Nie?

W każdym razie. Hm, jest już 2016! Kto by się spodziewał, że przyjdzie tak szybko i będzie taki inny niż rok zeszły. Od samego początku. Od jego pierwszych minut. Kto by się spodziewał? Kto by pomyślał, że kiedykolwiek sobie pozwolę na to co dostałam. Jak jedna chwila, sytuacja, może wiele zmienić w życiu.
Nie żebym nie robiła wcześniej wielu głupot z których może nie jestem dumna, ale ta konkretna głupota zmieniła wiele.
Oh, jak głupia bym była, gdybym faktycznie wtedy włączyła swoje standardowe bariery i uciekła. Jak to robiłam wiele razy.
Wiecznie dumna Korona ze swoim kotem i telefonem, z którym przemierzałam samotnie setki kilometrów ciesząc się ze szczęśliwej samotni. Najdroższe Bullet Train, które odtwarzałam kilkadziesiąt razy, wzrastając w siłę. Wyżej i wyżej. Bo wszystko pędziło jak pociąg. Bo życie było takie ciekawe, radosne, bez ograniczeń, z wieloma miejscami do odkrycia, z miliardem ludzi do poznania.
Dalej jest. Z tym, że teraz jest jeszcze bardziej fascynujące.
I kochane.
Rzekłabym, że fantastyczne!

Ale to wszystko zachowam dla siebie.
Prócz tego co się dzieje...
A, kończy się styczeń. Co oznacza sesję w pełni. I nadchodzący luty, którego nienawidzę jak jasna cholera. Znowu mi przypomną, że jestem starsza niż rok temu, znowu będzie trzeci, znowu będę się jebała z jakimś durnym zaliczeniem u Kasi i jeszcze sobie poleżę w szpitalu. Nie wspominając o licencjacie i pracy w której umieram z nudów. Ale nie ma co narzekać, inni mają gorzej, dobrze, że w ogóle żyję i mam o co walczyć. Bo kurna kto jak nie ja.
Jedyne co mnie przeraża, to fakt, że ogłupiałam i myślę jak nie ja. Brykiety, brykiety.

Halo!