4/21/2016

375. Fisz - Drewno

Tak niewiele. Tak malutko, a jednak tak dużo.
A to była godzina 7, gdzieś w Wielką Niedzielę, z Młodym na Rynku naszym wspaniałym. I słoneczko tak radośnie muskało po twarzy. Znów Zamość na chwilę zagościł w główce i serduszku i napełnił ciało pozytywnymi wibracjami. Ten wszechobecny spokój chyba nigdy mi się nie znudzi. I mam nadzieję, że nie wyparuje stamtąd i Zamość takim 'w tyle' miastem pozostanie. Ma swój klimat i milion wspomnień, tak dobrych.
Łąki. Te wspaniałe łąki, których jest tak dużo na obrzeżach, błękitne niebo, świeżość, plamy gwiazd, poranna rosa. Ah, pragnę!


Trzeba się chyba zmusić do pisania, bo niedługo zatracę jakiekolwiek zdolności tworzenia normalnych zdań. A to byłoby przykre. W ogóle zauważyłam, że boję się tu pisać. Znowu. I znowu nie mogę przelać tego co myślę, bo nie chcę, żeby to ujrzało światło dzienne. Starzeję się chyba. Niekoniecznie w dobrym kierunku.
Chociaż nie. Wcale nie jest tak źle. Prócz tego, że nienawidzę większości ludzi i ich idiotycznych działań to nie mam sobie nic do zarzucenia.

Ale jak widzę co się dzieje u 'moich' ludzi, to scyzoryk w łapie się otwiera. Może to co napisze będzie zajeżdżało delikatnie hipokryzją, bo sama jestem z tych nastawionych na dużo, ale ograniczonych myśleniem/innymi, na których sugestie jestem podatna (szczególnie te negatywne).
Ale...
Jeżeli jest coś, co nie sprawia Ci przyjemności, chociaż powinno ją sprawiać, a mimo wszystko w tym siedzisz, bo czujesz się jak pieprzony nieudacznik i uważasz, że nie dasz rady inaczej to sory. Lepiej strzelić sobie w łeb, albo zapieprzać pod Berlinem jak szaleniec, żeby zginąć - bo można. Można wiele, ale podstawowych życiowych zachowań wykonywanych w ten sposób nie zrozumiem. Może nie jest to aż taka hipokryzja jednak, bo ja się ograniczam tylko pod względem zawodowym ( bo się boję, i to cholernie). Ale gdybym miała żyć z kimś, z kim życie jest trudne i nie pozwala mi na jakąkolwiek przestrzeń, na luz, na spokój, czilałt, wspólny, leżenie na łące i śmianie się i kochanie do granic możliwości z czystym, nieskażonym zaufaniem, to właśnie tak bym postąpiła. Strzeliłabym w łeb. Może nie sobie, bo ja się ogarnę, ale tej drugiej osobie, żeby nie truła życia komuś innemu.
Taaak, tak. Można się zmienić (pozdrawiam!), ale tego trzeba chcieć, tak naprawdę, a nie szukać wymówek. Wymówki są słabe.
I sama po sobie widzę, że wiele w ten sposób straciłam. Bo miałam milion szans na zrobienie czegoś wow, fajnego, spełniającego, a schowałam głowę w piach, bo się bałam. Zamknąć się w pokoju i nie istnieć, aż przejdzie bokiem. Tyle pieprzonych okazji.
Zrobiłam pierwszy mały kroczek, jeżeli się uda to wejdę w to całą petardą, nawet kosztem tegorocznej obrony. I dam radę, jak na dużą Agatkę przystało. Tylko muszę przełamać strach i pozwolić mojemu umysłowi się otworzyć.
Bo będzie dobrze, czyż nie?
Bo jak nie spróbuję to się nie dowiem. Bo przecież sama sobie sterem, wędkarzem i rybą.
Bo na ludziach nie warto się skupiać. Są i zaraz ich nie ma. Zostaje gorycz pomieszana z odrobiną słodyczy, miłe wspomnienia wspólnie spędzonych chwil i gorzkie z okresu 'po nich'. I po co? Bez sensu.

Przełamałam ostatnio trochę problem ' miękkiej pizdy', ale o tym kiedy indziej.
Pozytywnie!