5/03/2016

376. Royksopp - Here She Comes Again

Who can stop the rain pouring down inside?

 Niektóre informacje skutecznie paraliżują mój umysł. Aż czasem robi mi się od nich niedobrze. Więc psychicznie i fizycznie rozkraczam się na zakręcie. Ale jak wspominałam ostatnio, bycie "miękką pizdą" mam już chyba za sobą. Chyba, bo nigdy nie mogę mieć do końca pewności.
Nazywam to w ten sposób, bo brzmi okropnie i nikt by nie chciał całe życie tkwić w tym marnym stanie. Na czym polega chyba nie chcę dogłębnie tłumaczyć. Może zarysuję.
Przez pewne psychiczne nieprawidłowości, spowodowane taką, a nie inną przykrą historią,  nie potrafię do końca zaakceptować siebie. Inaczej - będąc singlem mogłam przenosić góry, chodziłam z głową wysoko i bezwstydnie patrzyłam wszystkim w oczy. Nie po to, żeby ich poderwać, come on, po prostu nie miałam z tym problemu. Byłam silna, wielka, ważna i po uszy zakochana w sobie. Dlatego też moja ochronna tarcza na męską część społeczeństwa włączała się automatycznie i nie dopuszczała jakiejkolwiek możliwości na uczucia. Uczucia? Serio? Że znowu facet, znowu problemy i znowu bycie 'miękką pizdą'? Bo tak to zazwyczaj działa. Mogę do końca życia tłumaczyć, że strata ojca, a później wujka, urządziły w mojej bani nieodwracalne zmiany, i faktycznie tak jest i nie chcę się do końca tego wyzbywać, ale nie mogę się temu kompletnie poddawać. Krzywda ta się włącza, kiedy coś zaczyna wzrastać. We mnie i w osobie, która pojawia się przypadkowo i odwraca moje życie do góry nogami. Pewność siebie wtedy po prostu się ulatnia, a zastępuje ją lęk, przeświadczenie, że w sumie jest się gówno wartym ( takie myślenie jest dość krzywdzące dla drugiej osoby, więc nie polecam) i najważniejsze, czyli strach - przeważnie przed stratą. Boli w bani bardzo i automatycznie zmienia w chodzącą gąbkę chłonącą łzy przegranej. Brawo Agato! A wydawałaś się taka silna na początku!
Ano. Chwilę miałam z tym problem, oj bardzo. Pocieszała mnie jedynie świadomość, że zdaję sobie sprawę z tego co się dzieje i po prostu wiedziałam, że mogę to pokonać. Dało się, naprawdę. Możliwe, że kilka lat temu miałabym z tym większy problem, bo byłam nieogarniętym dzieckiem, któremu łatwo prychodziło poddawanie się. Bo nie dam rady, to nara.
Czasem dalej mi się zdarza z czegoś zrezygnować, ale prędzej czy później się ogarnę. Bo zdaję sobie sprawę z tego na ile mnie stać.
Nie chciałam sobie pozwalać na to, żeby być psychicznie uzależnioną od czyjejś obecności. Bo wiadomo, że można zawsze na kimś polegać i czerpać z niego siłę, ale to nie na tym do końca polega. Od pewnego czasu dążyłam do tego, żeby przypadkiem nie stać się takim pasożytem w czyimś życiu. Żeby nie uważać, że należy mi się, że mam być traktowana tak i tak, że jestem - wielb, pomagaj, dawaj. I kochaj. A posadzę się na piedestale i będę pięknie pachnieć.
Nie.
Chodzi o to, żeby dać się ubabrać błotem po same łokcie, ale koniec końców potrafić je umyć, Spojrzeć na siebie i widzieć coś dobrego, pięknego i wierzyć w to, w to co sami wykreujemy w głowie. A nie to co zostanie wykreowane przez drugą stronę. Bo ta druga strona może zniknąć i znów w miejscu tych słów pojawi się nicość. 
Wiecie co się wtedy dzieje?
Wiecie z czym wtedy zostajecie?
Może tak, może nie, polecam spróbować, bo zauważycie może jak ważni jesteście sami dla siebie. Boli. Cholernie. Ale wychodzi się z tego z kilkoma szramami i zdecydowanie większą siłą.

Ogarnijcie się, żeby nie robić komu z życia kupy. Do góry, do góry, przez najcięższe ścieżki, aż do celu.
Żeby to nie wyglądało później jak w utworze Florence - Heavy in Your Arms. 

A ja tylko napomknę, że spotkało mnie nawiększe Słoneczne szczęście. Dziękuję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się przemyśleniami.